Inaczej wyobrażałam sobie pierwszą rządową damę polskiego feminizmu. Niestety, zawiodłam się.
Elżbiecie Radziszewskiej (PO) najwyraźniej czegoś brakuje. I właśnie to „coś” nie pozwala skupić się na jej ogromnej wiedzy w temacie równouprawnienia kobiet w kraju. Jest zadbana, choć nie charakterystyczna. Ot, zwykła pani urzędnik. Szkoda, bo pełniąc taką funkcję powinna raczej emanować charyzmą. Daleko jej do Szczuki czy Gretkowskiej. Za daleko.
Może pani poseł powinna się skupić na tym, aby kojarzono ją z większym entuzjazmem? A może współczesny feminizm jest tak samo bez wyrazu jak pełnomocnik do spraw równego traktowania?